Dawno nie pisałam. Brakowało czasu podczas pracy zdalnej a lektury, które
czytałam nie pasowały do profilu bloga, w którym rzadko zamieszczam recenzje
tzw. "mądrych książek".
„Warszawa skamandrytów" też nie jest książką kultury popularnej, jednak
przeczytać ją może każdy, nie tylko polonista, czy krytyk literacki.
W okresie dwudziestolecia międzywojennego Skamandryci to pierwszą grupa literacka, która wyzwoliła się z konieczności podejmowania
wątków narodowych, opłakiwania przegranych powstań, uświęcania bohaterów.
Młodzi twórcy zachłysnęli się codziennością. Choć oczywiście różnili się, byli
wyrazistą grupą. Lechoń, Słonimski, Tuwim, Wierzyński, Iwaszkiewicz stworzyli
Skamander i tradycję spotkań "Pod Pikadorem". Z elitą poetów byli
związani i inni: Pawlikowska, Fischer, Miłosz, Gombrowicz. Książka nie jest
biografią, raczej opowieścią o grupie twórców i Warszawie, w której realizowali
się, opowieścią napisaną w przystępny sposób pięknym, ale prostym językiem. Myślę, że każdy może na
chwilę spróbować się oderwać od powieści akcji, czy uczuciowych dramatów
fikcyjnych bohaterów, by poczytać o pierwszych krokach w Warszawie przyszłych
poetów, poznać plotki, z ich życia, ich fobie,wzajemne reakcje. Warto poznać
klimat ówczesnej Warszawy, nieznane
z lekcji szkolnych historie młodych tworzących po raz pierwszy w wolnym kraju,
euforię i radość lat dwudziestych oraz nastrój katastrofizmu i zbliżającej się wojny w
latach trzydziestych.